Z Bielanami związana jestem nieprzerwanie niemal od urodzenia. „Bielańskie puzzle” - w mojej głowie to przebłyski wspomnień i emocji dotyczących miejsc, zapachów, smaków… Droga do „Budy” – szkoły podstawowej nr 21 w rozległym budynku z czerwonej cegły, gdzie spędziłam 8 lat, LO nr XXII im. Hose Marti przy ul. Staffa 111, rodzinne mieszkanie przy ul. Podczaszyńskiego i już samodzielne przy sąsiedniej Marymonckiej, Las Bielański, AWF, Kościół św. Zygmunta gdzie brałam ślub i chrzczeni byli moi synowie…

Bielańskie chodniki, pokryte dużymi kaflami i często (podobnie jak dziś) psimi odchodami. Stały na nich o świcie pod domami szklane butle z mlekiem, zakapslowane na złoto lub srebrno…Na szczęście nie było wówczas w sklepach „małpeczek” czyli mocnych alkoholi w niewielkich buteleczkach, które dziś są wszechobecne na bielańskich trotuarach. Gdzieniegdzie stały na nich saturatory oferujące latem wodę gazowaną z sokiem lub bez…

A zimą niemal na każdym podwórzu dozorcy wylewali lodowiska i można było bez problemu jeździć na łyżwach…Uwielbiałam to. Kręciłam piruety aż do zawrotu głowy i żałowałam, ze rodzice nie mogli wozić mnie na Torwar na zajęcia jazdy figurowej na lodzie…

A w niedzielę (bo dawniej nie było „wolnych sobót”) upragniony wypad do pobliskiego Lasu Bielańskiego, gdzie w samym jego środku stworzono istny RAJ dla dzieci. Tak przynajmniej wtedy nam się wydawało. Czegóż tam wtedy nie było? Kołyski do bujania, huśtawki, jeżdżące samochodziki, klub rysunkowy, kino letnie, żyrafa i kręcący się koń drewniany …ale najważniejszy był SŁOŃ! Wielki, szary, blaszany z trąbą zadartą w górę, na którą rodzice chętnie sadzali swoje pociechy…Siedzieć na słoniu to było coś! Wszyscy pokochali go zgodnie i uznali za wizytówkę placu zabaw w Lesie Bielańskim. Gdy zniknął w połowie lat 80., żalom nie było końca… Nieopodal było nawet ujęcie wody pitnej z kamienną umywalką. Kto pamięta te czasy, wie gdzie szukać resztek tej infrastruktury, ale po słoniu niestety nie został żaden ślad. Słoń powrócił na razie w symbolice Dzielnicy, czy stanie kiedyś na Bielanach?

Puzzle smaku w mej pamięci to np. rożki waflowe z niewiarygodnie słodkim i sztywnym kremem, oranżada w proszku, którą wysypywało się na dłoń i lizało językiem, który potem robił się pomarańczowy i piekący, perlista lemoniada w szklanych butelkach z otwieranym, porcelanowym kapslem na drucie, szklanka ciepłego mleka w szkole w ramach akcji prozdrowotnej, czekolado podobne słodycze – mdłe jak mydliny…

Odkąd sięgam pamięcią, na rogu Podczaszyńskiego i Marymonckiej był bar mleczny MARYMONT. Jest tam do dziś. Nigdy jednak nie odważyłam się wejść do środka…

Z zewnątrz ten bar odstrasza…Czas zatrzymał się na głębokim socjalizmie. Odrapane, brudne tynki, stare witryny, zdewastowana i pokruszona niemal całkowicie podmurówka…Wstyd. Mieszkam tu od wielu, wielu lat i bardzo bym chciała zobaczyć ten bar w nowej odsłonie…

Beata Przybyszewska – Kujawa
sierpień 2014r.

A tak wygląda bar mleczny MARYMONT:

{gallery}bar_mleczny{/gallery}

Ta strona wykorzystuje pliki cookie dla lepszego działania serwisu. Możesz zablokować pliki cookie w ustawieniach przeglądarki.